Zwierzątko mojej Mamy



Właściwie nie wiem, jak się nazywa Zwierzątko mojej Mamy. Miało parę imion, ale bardzo krótką pamięć, dlatego często je zapominało, więc byliśmy zmuszeni ciągle nazywać zwierzątko od nowa. Później przypominało sobie starą nazwę i zapominało nową tak, że zrobił się wśród tych imion okropny bałagan.
Zwierzątko zresztą i tak nie reagowało na żadne nazwy, wzruszało zawsze ramionami i uciekało do jakiegoś kąta.
O ile mogę coś powiedzieć o zwyczajach Fumów i Fikandrów, Bromb i Gżdaczy, Pciuchów i Glisand, o tyle o jego zwyczajach nic nie wiadomo.
Zwierzątko to działało zawsze przez zaskoczenie. Potrafiło nie dawać o osobie znać całymi tygodniami, ale dopiero, kiedy przyszli Ważni Goście, wpadało między szklanki, przewracało dwie, trzy, nadgryzało przez pomyłkę marynarkę Ważnego Gościa zamiast ciastka i znikało siejąc popłoch i przerażenie.
W obawie, aby nie spotkało to następnych Ważnych Gości, umawialiśmy się z nimi w kawiarni. No i co powiecie?
Zwierzątko psuło światło w kawiarni, a gościom podstawiało nogę przy wejściu.
Jednak wcale nie zawsze było złośliwe. Kiedyś, dla któregoś Ważnego Gościa, zatańczyło sambę i zagrało na fujarce tak, że wyszedł oczarowany.
W stosunkach z nami było zawsze tak niezrównoważone, że nawet nie potrafię opisać jego wszystkich zachowań. Przez kilka miesięcy robiło na przykład straszliwy bałagan w szufladach.



Pinezki wkładało do cukru, ołówki do makaronu, a mąkę mieszało z atramentem, chusteczki do nosa chowało między kartki książki, a pastę do zębów zamieniało z kremem do opalania tak, że mieliśmy opalone zęby i wybielone twarze.
Aż tu któregoś dnia przychodzimy i słyszymy już pod drzwiami, jak ktoś sobie gwiżdże i podśpiewuje, fałszując okropnie:
- Co na dole, to na dole,
co na górze, to na górze.
Lepiej w smole niż w stodole,
lepiej w murze niż na bzdurze!
Co na górze, to na górze,
co na dole, to na dole.
Kształcą książki i podróże,
a najlepiej łapać mole!

Przekręcamy klucz w zamku... wchodzimy... cisza. Na stole serwea, książki poukładane równiutko, cały dom wymieciony i wysprzątany, aż lśni. Tylko na kloszu od lampy (widocznie dla lepszej dekoracji) wiszą trzy kokardki z mojego pociętego krawata. Specjalnie się tym nie zmartwiliśmy, bo przecież nie musiałem wcale chodzić w krawacie, a
radości było co niemiara.
Myślę, że ten bałagan przez parę miesięcy był niezbędny naszemu Zwierzątku, żebyśmy potem odczuli większą przyjemność.
Ale nie jestem pewny. Tak już jest ze Zwierzątkiem mojej Mamy, że nienawidzi Pewności i nigdy nie daje nam jej odczuć.
Któregoś dnia przyjechało na motocyklu z namiotem i z wędką. Byliśmy oczywiście przekonani, że jutro skoro świt wybierze się na ryby, ale
okazało się, że z namiotu zrobiło sobie hamak, który zawiesiło nad kuchnią, i za pomocą wędki wyławia z zupy marchewkę, a motocykl przerobiło na telewizor. Jak to zrobiło, żeby z motocykla był telewizor, nie mam pojęcia, ale był, i nawet z kolorowym programem.
Wspomniałem już o tym, że Zwierzątko fałszuje wszystkie piosenki i zawsze, kiedy śpiewa, dba o to, żeby nas zaskoczyć.
Zaczyna na przykład: Zielony mosteczek ugina się - każdy wie, że dalej powinno ybć: trawka na nim rośnie, niesie Kasię - ale nie!
Ono musi oczywiście zaśpiewać: ... baloniku mój malutki, rośnij duży okrąglutki... albo: a ja jestem konwalijka, jak długa moja szyjka, za mną kwiatki, za mną, hej!... i dokończyć: ...szare bure obydwa!
Do domu wraca o najprzeróżniejszych porach, a przyjaźni się ze wszystkimi: z psami, z kotami, ze szpakami, z Brombami, Pciuchami, no, w ogóle ze wszystkimi.
Zdarza się więc, że w środku nocy przyprowadza jakiegoś rozgadanego Fuma i dyskutują na cały głos tak, że przewracamy się na wszystkie strony i zatykamy uszy watą. Ale byłbym niesprawiedliwy, nie wspominając, że dzięki niemu poznałem czarującego Fikandra oraz Kajetana Chrumpsa.
Mógłby ktoś powiedzieć, że
to bardzo niedobrze mieć takie nerwowe i zaskakujące zwierzątko - o ile w ogóle można tu użyć słowa: "mieć", bo właściwie nie wiadomo, czy to my mamy Je, czy Ono ma nas.



A jednak nazywam Je Zwierzątkiem mojej Mamy, ponieważ tak się składa, że wszystkie awantury, w które wplątujemy się dzięki Niemu - wplątujemy się razem z Mamą. Kiedy sam idę do banku wpłacić pieniądze, kupić sobie buty albo spotkać się z kimś i porozmawiać - mogę być prawie zupełnie spokojny, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem.
Wystarczy jednak, abyśmy wybrali się razem z Mamą, zaraz przyplątuje się Zwierzątko na trzeciego towarzysza i wtrąca się do każdego interesu.
- Po co pani pracuje w banku? - pyta urzędniczkę, która przyjmuje pieniądze. Urzędniczka myli się w liczeniu i odpowiada, że bardzo lubi pracę w banku.
- A nie lepiej polować na aligatory? - pyta nasze Zwierzątko.
Wtedy ta pani przestaje liczyć i patrzy na nas z niepokojem.
- Psów wprowadzać nie wolni - mówi, choć widzi, że nasze Zwierzątko to nie pies.
- Bardzo słusznie - podchwytuje zwierzątko - psów i
aligatorów wprowadzać nie wolno, tak być powinno. Czy to prawda, że w bankach mają założyć fontanny?
Wycofujemy się przepraszając urzędniczkę i oczywiście nici z wpłacenia.
Jeszcze gorzej bywa, kiedy kupujemy dla mnie buty.
Zwierzątko, które uprzednio znikło, jakby zapadło się pod ziemię, teraz wyrasta tuż przy nas.
- Czy nowy but nie pije? - pyta.
- Nie - mówię zgodnie z prawdą.
- Proszę pani - woła do ekspedientki nasze Zwierzątko - ten but nie pije. To bardzo niedobrze. Taki chudy i blady... na pewno też nic nie je i będzie chorował.
Czy nie ma pani buta, który by jadł i pił zdrowo? Z takiego zamorka nie będziemy mieli pożytku...
Ekspedientka patrzy zdziwiona na Mamę, a Mama chce coś wytłumaczyć:
- Wie pani - mówi - to jest takie nasze Zwierzątko...
- Jeszcze nie nasze - protestuje Zwierzątko - jeszcze ich nie kupiliśmy, i w ogóle odkąd to buty są zwierzątkami?
Ekspedientka ma zamęt w głowie, więc mówi:
- Nie wiem, o co państwu chodzi. Czy państwo bierzecie te buty, czy nie?
A nasz Zwierzątko do mnie:
- Chyba nie weźmiemy, jak tak zachwalają, to znaczy, że słabo idą. A na co ci buty, które źle chodzą?
- Daj spokój! - mówię - poproszę o tę parę!
A Zwierzątko w krzyk:
- Zwariował! Bierze parę butów! To dwa ci nie wystarczą?
Nawet jeśli wreszcie dokonamy zakupu, to dzieje się to po wielkich trudach i na ogół kupujemy coś zupełnie zbędnego. Właśnie dzięki naszemu Zwierzątku mamy w domu kilka niepotrzebnych wazoników, mnóstwo maskotek i pocztówek, książkę pod tytułem "ABC młodego pingwinologa" oraz tysiące starych puszek i pudełek.
Zawsze kiedy któreś z nas usiłuje wyrzucić pudełko po czekoladkach, nasze Zwierzątko łapie go za rękę i krzyczy:
- To się może przydać!
- Do czego? - pytamy zrozpaczeni.
- Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć - mówi z powagą Zwierzątko i chowa pudełko pod tapczan. -
A jeśli jutro dostaniemy tuzin wyjątkowo ważnych listów, będziemy je mogli schować do tego pudełka...
Oczywiście listy nie nadchodzą, ale pudełko czeka na listy, których nie ma, i w ten sposób jest zajęte.
Kiedy zdarza się, że wreszcie przyjdzie list, Zwierzątko oświadcza:
- A widzicie, mówiłem, że pudełka się przydają. Jaka szkoda, że tamto jest zajęte, a innego nie mamy. Trzeba się koniecznie postarać o jakieś nowe pudełko...
Takie jest Zwierzątko mojej Mamy. Nie opisałem wam jeszcze, jak ono wygląda. No więc jest nieduże i bardzo kudłate. To jedyne, co o nim można powiedzieć, resztę, to znaczy kolory i wielkość, zmienia zależnie od nastroju i samopoczucia, ale domyślacie się zapewne, że w zielonym pokoju ma kolor czerwony, a w czerwonym zielony, choć oczywiście też nie zawsze, bo
z nim nigdy nie wiadomo nic na pewno. Zawsze jednak jest nieoczekiwane, zaskakujące, niespodziewane, szokujące, dziwne, nietypowe, odmienne i nieprawidłowe.
A pojawiło się u nas pewnego listopadowego smutnego dnia, kiedy akurat uczyliśmy się gramatyki i mieliśmy dosyć wszystkich reguł.
Z tego powodu moglibyśmy oczywiście nazwać je Wyjątkiem, ale zawołałoby natychmiast:
- Co, ja Wyjątkiem? Jakim znowu Wyjątkiem? Nigdy nie wyję... wilki... wyją... możecie mnie nazwać Śpiewątkiem albo Mówiątkiem. Zresztą, kiedyś już mnie jakoś nazwaliście... Tylko nie pamiętam jak...


poprzednia* następna* spis treści* skorowidz* strona główna Mysi