Wiersze pochodzą z "Antologii angielskiej poezji metafizycznej XVII wieku" Stanisława Barańczaka, który przetłumaczył je.
"Dziecię płonące" - Robert Southwell
"Umartwienie" - George Herbert
"Ołtarz" - George Herbert
"Skrzydła wielkanocne" - George Herbert
"Modlitwa dziecka przy stole" - Robert Herrick
wracaj
Robert Southwell:"Dziecię płonące"
Gdy stałem kiedyś w mroźną noc, dygocząc wśród zamieci,
Znienacka jakiś dziwny żar w mym sercu płomień nieci:
I kiedym podniósł trwożny wzrok, by ujrzeć, co się pali,
Dziecię płonące niby stos zjawiło mi się w dali.
Prażone przez straszliwy żar, z ócz słone lało zdroje,
Na próżno pragnąc morzem łez płomienie zgasić swoje,
"Zaledwiem przyszedł na ten świat", powiada, "w ogniu płonę,
Lecz nikt nie przyjdzie, by w nim grzać swe serce wyziębione!
Pierś ma niewinna - oto piec, opałem cierń jest goły,
Miłość to żar, westchnienia - dym, hańba i ból - popioły;
Podkłada Sprawiedliwość drew, a Litość w węgle dmucha,
Żeliwem pieca zaś jest fałsz i brud ludzkiego ducha;
Skoro więc zbawić ludzi mam, a żar mnie straszny spala,
Roztopię się i własną krwią grzech zmyję, co ich kala."
To rzekłszy, Dziecię znikło gdzieś; wyrwany z osłupienia,
Pojąłem nagle, że jest dzień Bożego Narodzenia.
do góry
George Herbert:
"Umartwienie"
Jak wcześnie gnije życie ludzi!
Gdy z wonnych skrzyń wyjmuje się pieluszki cienkie
Dla noworodków, w których drobnej piersi
Dech się dopiero budzi -
Te szmatki są to całuny maleńkie,
Co spowijają ciało i wydają śmierci.
Gdy dziecko pierwszy raz wstępuje
Do łóżka, w dobrowolny swój grób się układa,
Obezwładnione snem; dech tylko w piersi
Wątłą nić życia snuje:
I noc za nocą, niby fal gromada,
Niesie dziecko pośpiesznie ku przystani śmierci.
Gdy młodzik, wesół i swobodny,
Muzyki się domaga wśród kompanii gwarnej,
I krew mu wzbiera w żyłach, a dech w piersi
Szerokiej i dorodnej -
Muzyka owa brzmi jak dzwon cmentarny,
Co mu kompanem będzie w porze jego śmierci.
Gdy mąż, stateczny i dojrzały,
Własny swój dom buduje, gdzie oczy rozumne
Maja oparcie, gdzie dech męskiej piersi
Wyznacza mu krąg stały -
Ów dom zamknięty przypomina trumnę,
Która będzie niebawem służyć jego śmierci.
Gdy starzec słabnie, siwą głową
Chyli się ku mogile i niby śnieg szary
Coraz to bardziej taje, topiąc w piersi
Każdy oddech o słowo -
Lektyka jego wygląda jak mary,
Na których trafi wkrótce do domostwa śmierci.
Człowiek, nim tego jest świadomy,
Zaczyna swój karawan w żałobę ubierać
I czyni to, aż wydrze mu się z piersi
Ostatni dech znikomy:
Wszelako, Panie, ucz nas tak umierać,
By wszystkie umierania były życiem w śmierci.
do góry
George Herbert:
"Ołtarz"
Ten oto ołtarz, Panie, sługa Twój muruje
Z odłamków serca, które łzami cementuje:
Lecz jego zarys Twoja ręka stwarza -
Ludzkie narzędzie nie tknęło ołtarza.
Bo serc marmury
To kamień, który
Ciąć tylko może
Moc Twoją, Boże.
Każda część mego
Serca twardego
Tworzy zrąb trwały
Dla Twojej chwały:
Nawet gdy wieczne zachowam milczenie,
Wiecznie Cię będą sławić te kamienie.
O, niech Twoja Ofiara będzie czynem moim,
Poświęć oto ten ołtarz, aby stał się Twoim.
por. Księga Wyjścia 20,25
Ewangelia św. Łukasza 19,40
do góry
George Herbert:
"Skrzydła wielkanocne"
Panie, coś stworzył nas w dostatku błogim,
Coć człowiek szasta nim i gardzi,
Grzęznąc w upadku srogim,
Aż jest najbardziej
Ubogim.
Daj, Boże,
Wzlecieć przy Tobie,
Niech skrzydła dziś otworzę
I śpiewem triumf Twój ozdobię:
Nawet upadek w locie mi pomoże.
W smutku się począł mój wiek niedojrzały:
Przecie grzeszyłem coraz hardziej,
Aż wstydem płonąc cały,
Jestem dziś bardziej
Niż mały.
Dziś, Boże,
Wzlećmy we dwoje,
Niech triumf Twój pomnożę:
Gdy skrzydłem skrzydło wesprzesz moje,
Nawet ułomność w locie mi pomoże.
Podobnie jak "Ołtarz", utwór ten (we wczesnych wydaniach Herberta drukowany równolegle do dłuższego brzegu stronicy, z wersami układającymi się pionowo (należy do tzw. "shaped verses", których kształt graficzny odwzorowuje kształt tytułowego przedmiotu). Tradycja tego rodzaju konceptów sięga poezji hellenistycznej. W naszym stuleciu podejmowali ją m.in. Apollinaire i Dylan Thomas.
do góry
Robert Herrick:
"Modlitwa dziecka przy stole"
Oto - dziecię małe - stoję,
W górę wznosząc rączek dwoje;
Już jak żabki zziębły obie,
Lecz podnoszę je ku Tobie,
By błogosławieńswo spadło
Na nas i na nasze jadło.
do góry
Stanisław Barańczak:
Południe
Drogi kąciku porad
Stanisław Barańczak:"Południe"
Słodki lek prawdziwości, smak, co skróci z nami
przejście, ten stromy szlak, pionową drogę
z nagłego krzyku tuż po urodzeniu
w dół; jeszcze nieprzytomny
bielą kropli z piersi,
nagim potopem
światła,
smak
i
znak
świata;
jakim powrotem
-wielokrotny, pierwszy,
twój - jeszcze się przypomni
na dnie, po życiu już, po urojeniu
trzeźwiej bezstronny: smak ponownie trochę
słodki, lecz bardziej gorzki, jak to z truciznami
do góry
Stanisław Barańczak:
"Drogi kąciku porad"
1
Drogi kąciku porad, choć z natury
spokojny, wpadam wciąż w depresję, widząc
krew. Późny wieczór, włączam telewizor:
znów akt terroru, trupy dzieci. (KTÓRY
Z NAS, TELEWIDZÓW, NIE ZNA TAKICH ZGRYZOT!/)
Snu! (LECZ NIE NASZĄ JEST WINĄ PONURY
I KRWAWY / BIEG SPRAW ŚWIATA.) Po raz wtóry:
Chcę spać! (WYSTARCZY SPOKÓJ, KILKA WIZYT /
U TERAPEUTY.) Wieczna bieganina
sanitariuszy, dym z ruin, kobiety
załamujące ręce: czy świat zapomina
o nas, niewinnych, których nie ciekawi
zło? W rezultacie dręczy mnie, niestety,
bezsenność. (WIĘCEJ SPACERÓW. MNIEJ KAWY.)
2
Drogi słowniku doktryn filozofów,
proszę o pomoc, bo tracę apetyt,
gdy przy śniadaniu w twarz skacze z gazety
kościsty głód. (I ZNOWU CZŁOWIEK, ZNOWU
Z PROBLEMEM!) Wynajdź mi system. (KONKRETY /
CZYICHŚ TRYWIALNYCH POTRZEB TO NIE POWÓD,
ABY / PRZYMNAŻAĆ WIAR WŁASNEGO CHOWU.)
Kto mi przywróci spokój? (Z DAWNYCH ETYK - /
STOICYZM.) Jak mam przełknąć bezsens nieszczęść?
Nie mogę jeść, gdy znów na zdjęciu człowiek
irracjonalnie zdycha. Zdrowie jeszcze
stracę, jeżeli nie znajdę zasady
w tej miazdze. Odsłoń mi więcej, choć słowem,
mów. (NA COŚ WIĘCEJ CZŁOWIEK JEST ZA SŁABY.)
3
Drogie niebiosa, nie śmiem pytać. (PYTAJ
I NIE MIEJ OBAW.) Jak spytać pustkowie
o własną pustkę? (NA WSZYSTKO ODPOWIEM, /
CHOĆ NIE USŁYSZYSZ ANI SŁOWA.) Ty tam
w górze, jakkolwiek mam Cię zwać, jakkolwiek
wprosić, pozwól, niech z czegoś odczytam
znak. (TYLKO STUK / WŁASNEGO SERCA.) Rytmem
serca więc, tchu i mrugających powiek
mów mi, co chwilę, że jestem, że jesteś.
(JESTEM.) Nie słyszę. (NIE MA MNIE PRZY TOBIE, /
BO JESTEM WSZĘDZIE.) I przez całą przestrzeń
swoich galaktyk, wirów, mlecznych smug
śledzisz ten okruch snu, wprawiony w obieg,
sam? (BÓG JEST TAKŻE SAM.) Bóg też? (TAK, BÓG.)
do góry
wracaj